• Wpisów:3
  • Średnio co: 1 rok
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 15:29
  • Licznik odwiedzin:7 047 / 1988 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Miejsce w którym się znajdowałem było puste. Żadnych ścian, mebli, roślin, nic. Tylko kompletna pustka. Podłoże na którym stałem było pełne pyłu, a samo lekko świeciło. Postąpiłem krok na przód, a pył wzbił się w powietrze. Drobiny przyczepiły się do mojego ubrania. Nie zwróciłem na nie większej uwagi i poszedłem dalej. Zastanawiałem się, czy to były zwykły sen, jakaś wizja albo coś innego. Dźwięk moich kroków rozchodziły się Po kilku chwilach stanąłem i rozejrzałem się.

- Przede mną raczej nic nie ma. Iść na lewo czy prawo? - Zastanowiłem się. - Raczej w prawo.

Skręciłem w wybranym przeze mnie kierunku. Przerywałem ciszę moimi krokami, zastanawiając się czym jest ta rzeczywistość.

Snem, koszmarem czy wizją.

Rozważałem między snem a wizją. Bardziej sądziłem, że był to zwykły, nic nie znaczący, sen. Moje przemyślenia przerwał jakiejś dziwny odgłosy, coś na wzór śmiechu. Zdezorientowany rozejrzałem się wkoło, jednak nic nie zauważyłem. Dźwięk się powtórzył. Lekko przerażony odwróciłem się, jednak za mną nic nie było. Spojrzałem na ziemię i zauważyłem pogniecioną kartkę. Podniosłem ją i wygładziłem. Kartka okazała się zdjęciem, przedstawiającym mnie i Korey sprzed trzech - czterech lat. Uśmiechaliśmy się do obiektywu, jednocześnie tuląc do siebie. Lekko uśmiechnąłem się do fotografii. Obejrzałem je z drugiej strony. Nie było żadnego napisu a tym bardziej daty. Złożyłem zdjęcie i schowałem je do kieszeni, mogło się jeszcze przydać. Ponownie ruszyłem przed siebie, znowu rozmyślając o tym miejscu.

To na pewno nie było koszmar ale nie był to też zwykły sen. Może coś pomiędzy, tylko co? Na pewno nie jestem w śpiączce i nie zemdlałem. Może to po prostu zwykły, nic nie znaczący sen, który mógłbym mieć prędzej czy później. Mogłem go mieć wcześniej i po prostu o nim zapomniałem. A może to jakaś wizja? Nie mam pojęcia, może później się przekonam. Kroczyłem przez to pustkowie, nadal nie wiedząc czym to jest. Niby, miałem te podejrzenia ale nie byłem co do nich w stu procentach pewien. Te przemyślenia były tylko niepewnymi teoriami, których nie byłem pewien. Chociaż to jednak mogła być śpiączka, którą wykluczyłem z przemyśleń.

Ewentualnie umarłem i tak wygląda śmierć.

Dobra, powinienem skończyć z tym rozmyślaniem, gdyż powoli zaczynałem pesymistycznie myśleć. Przystanąłem i ponownie się rozejrzałem. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej. Taka sama szara ziemia i wszechobecna pustka. Przez ten czas nic się nie zmieniło, a mogłoby. To otoczenie stawało się monotonne. Rozejrzałem się jeszcze i ponownie zauważyłem wymiętą kartkę. Podniosłem ją i przyjrzałem jej się. Kartka ponownie okazała się zdjęciem, prawie takim samym jak wcześniej. Dla pewności wyciągnąłem poprzednią fotografię i porównałem je. Prawie niczym się nie różniły poza tym, że miałem zamazaną twarz a Korey wydawała się smutna. Zmartwiony schowałem zdjęcia. Ten sen był nienormalny, jeżeli nadal nim był. Ponownie ruszyłem, dopóki nie usłyszałem czegoś na wzór płaczu. Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem samotną postać. Zmroziło mi krew w żyłach kiedy ją rozpoznałem.

Przede mną stała, odwrócona tyłem, Korey. Kobieta cała się trzęsła, słyszałem jak płacze. To był najgorszy widok – patrzeć jak ktoś z twoich bliskich płacze. Poszedłem do niej i spytałem:

— Kor, co się stało?

Na dźwięk mojego głosu cała się spięła. Odskoczyła i odwróciła się. Wyglądała strasznie. Z jej przekrwionych oczu płynęły łzy. Mocno obejmowała się rękoma jakby się mnie bała.

— Pytasz, co się stało? To wszystko przez ciebie! — krzyknęła.

Mocno mnie to zaskoczyło. Nie miałem pojęcia o co jej chodziło. Co ja takiego zrobiłem? Kobieta widząc moje zdezorientowanie, kontynuowała:

— Przypomnę ci co mi robiłeś, znęcałeś się! Nic ci nie zrobiłam a ty wyżywałeś się na mnie! Na własnej żonie! Nie zliczę ile łez przez ciebie wypłakałam i ile nocy modliłam się, żeby przeżyć następny dzień. Każda łza za kolejne pobicia, kolejne siniaki, kolejne rany! — głos zaczynał jej się łamać. — A ty musiałeś mnie jeszcze dobijać psychicznie! Biłeś mnie, poniżałeś w domu. Przy Jen, Seth'cie, Hillary, Alex, Xav'ie i fanach byłeś miły. Przed ślubem i kilka miesięcy po nim też. W końcu nie wytrzymałam tego. Oni wiedzą co mi robiłeś. Każde twoje uderzenie mnie, poniżanie, obelga w moją stronę. Myślisz, że to było przyjemnie. Że ja nie mam uczuć! Każde kolejne wyzwisko pozostawiło ślad na mojej psychice! Te blizny na rękach to też twoja wina! Je wszystkie zrobiłam przez ciebie! Łudziłam się, że się opamiętasz ale nie! Byłam głupia, że cię pokochałam! Poraniłam swoje palce, by zniszczyć obrączkę! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! — zakończyła.

Z każdym kolejnym wypowiadanym zdaniem, podchodziła bliżej mnie. Na końcu stanęła przeciwko mnie i mocno spoliczkowała. Zdziwiło mnie, że, pomimo drobnej budowy, może mieć tyle siły. Odeszła kilka kroków ode mnie i wyszeptała:

— Dzieci zabieram ze sobą. Nie chcę, żeby z tobą mieszkały. Z takim tyranem. To koniec.

Kor odwróciła się i odeszła. Co to było? To co powiedziała nie było prawdą, to się nigdy nie wydarzyło! Jej słowa były czystą fikcją, nigdy był nie skrzywdził Korey. Ona byłaby dla mnie najważniejsza tak samo jak dzieci. Chciałem za nią biec, lecz moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Były jak z ołowiu. Upadłem na kolana i wyszeptałem łamiącym się głosem:

— Korey, nie. Chciałbym wiedzieć co tu się do cholery dzieje?

— Chciałbyś wiedzieć?! — usłyszałem zdenerwowany damski głos.

Zmieszany odwróciłem się i ujrzałem kilka osób. Jen i Seth z Hillary. Te trzy osoby spoglądały na mnie wzrokiem, którym mogliby zabić. Na krótką chwilę zatrzymałem wzrok na każdym z nich.

— Nie wystarczyły ci tylko jej siniaki i blizny — krzyknęła Hillary. — Widziałam jak się przy tobie denerwuje. Nie chciała być w pobliżu takiego potwora jak ty! — Ostatnie słowo wręcz wypluła z odrazą.

— Kilka miesięcy temu powiedziała nam co jej robiłeś — wyznała Jen — Alex i Xav nie chcą cię znać, ja i Hillary czujemy do ciebie odrazę a Seth... — urwała.

— Ja ci tylko chcę pokazać co czuła Korey — warknął mężczyzna, podchodząc do mnie.

Byłem jak sparaliżowany kiedy Seth uderzył mnie w twarz z prawego sierpowego.

***

W momencie w którym Seth mnie uderzył zerwałem się z łóżka zalany potem. Co to był za koszmar? Nie potrafiłbym go dokładnie opisać komukolwiek. On był strasznie pokręcony, praktycznie wręcz nie do zrozumienia. Przetarłem twarz ręką i spojrzałem w prawo. Korey spała na prawym boku. Przekręciła się na drugi bok, dzięki czemu zauważyłem, że spała spokojnie. Lekko przytuliłem ją.

— Hej, coś się stało? — zapytała Korene otwierając oczy.

— Nie. Wybacz skarbie, że cię obudziłem — powiedziałem.

Próbowałem przekonać ją, że nic się nie stało. A może przekonywałem samego siebie. Nie wiem, nie miałem ochoty o nim myśleć. Ale ten sen był taki realistyczny.

— Na pewno? Co się stało? - drążyła temat Korey.

— Na prawdę nic — zapewniłem ją, przy okazji całując w czoło.

Zawsze mówiłem Korey prawdę, ale jestem pewny, że nie chciałaby usłyszeć mojego snu. Poza tym nie chciałem jej martwić. Położyłem się i mocno przytuliłem moją żonę. Nakryłem ją, ponieważ w trakcie mojego zrywu, kołdra spadła z jej ciała. Nie wiem kim bym się stał bez niej, bez moich dzieci, przyjaciół. Ona spaja naszą rodzinę i naszych przyjaciół. Kochająca żona, matka, przyjaciółka, oddana chrześcijanka... można dalej wymieniać. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszej żony.
 

 
Zdrowie najważniejsze, ale skutki uboczne mojego nowego leku (Tetralysal 300mg) mnie przeraziły. Niektóre z nich:
- trwała utrata wzroku
- żółknięcie skóry lub oczu (żółtaczka)
- zmiany w liczbie komórek krwi
- nadwrażliwość na światło słoneczne
- zwiększone ciśnienie wewnątrzczaszkowe
Jestem tym przerażona
 

 
Stoję po środku niczego na zapylonej ziemi, która wydawała się emanować bladym światłem. Rozglądam się parę razy i idę krok na przód. Pył wzbija się w powietrze na jakieś pół metra i opada. Parę drobinek przyczepiło się do mojego ubrania oraz skóry.
- To jest chyba jeden z tych snów, w którym nic się nie dzieje a rano zapomina się o nich - pomyślałam.
Kolejne kroki, kolejne chmury pyłu, słyszę tylko odgłosy swoich kroków i oddechu. Po paru, może parunastu minutach pył się kończy, a moje kroki stają się odrobinę głośniejsze. Przez kilka chwil jeszcze idę, aż w końcu staję. Ciszę przerywa tylko mój cichy oddech. Cisza wydaje się taka nijaka. Podejrzewam, że niedługo zacznę mówić, albo nucić, do siebie bo oszaleję.
- Do przodu raczej już nic nie ma, za mną też raczej nie. W lewo czy prawo? - Zastanowiłam się na głos. - Zdecydowanie w lewo - postanowiłam i skierowałam się w wybranym kierunku.
Po raz kolejny rozbrzmiały moje kroki, przerywając tą koszmarną ciszę. Starałam się iść wybijając jakikolwiek rytm, kiedy usłyszałam coś na wzór śmiechu. Zaniepokojona stanęłam i chwilę nasłuchiwałam. Śmiech się powtórzył. Coraz bardziej przestraszona rozglądam się na boki, mimo to niczego nie zauważam.
- Liczę do trzech i się odwracam - pomyślałam.
Jeden...
Dwa...
Trzy!
Odwracam się i widzę lustro. Zwykłe, stojące lustro z drewnianą ramą. Chociaż nie wiem czy mogę je tak nazwać. Co prawda przedmiot odbija mnie ale, że tak powiem, moją młodszą wersję, jak jeszcze miałam długie, czarne, włosy. Obecnie mam krótkie w kolorze fioletowym. Co dziwne, przedmiot reagował tak jakbym to była ja. Ale ja nie byłam postacią z lustra. Podeszłam do przedmiotu i lekko dotknęłam zimnego odbicia. Gładka tafla szkła, bez żadnej rysy, nawet nie drgnęła, lecz pozostawiła nieprzyjemne uczucie chłodu, promieniujące przez całe ciało. Cofnęłam od niego rękę i zadrżałam. Uczucie chłodu nadal zostało.
- Co tu się dzieje? - Mruknęłam i odwróciłam się
Strach zaczął mijać, zastępowany przez obojętność. Znowu idę, kolejne kroki, kolejne przerywanie otaczającej mnie ciszy oraz kolejne próby wystukania rytmu. Myśli o tym kiedy sen się skończy zaczęły nawiedzać mój umysł. Kolejne chwile mijały a ja nadal nigdzie nie dotarłam. Lekko sfrustrowana odwracam się i prawie wpadam w lustro, które, nie wiem jak, stało za mną. Lekko zdziwił mnie fakt, że lustro było pęknięte, mniej więcej, na wysokości oczu. W miejscu pęknięcia brakowało kilku odłamków szkła. Podeszłam do przedmiotu, żeby mu się bardziej przyjrzeć i zauważyłam mały napis, który mnie zszokował:
Korey Cooper
Kłamczyni!
W internecie było już parę osób, które twierdziły, że nie jestem osobą za którą się podaje. Zawsze w tego typu postach były teorie na mój temat, które nigdy nie były prawdziwe. Ale jeszcze nikt nie napisał tego w tak prosty sposób, bez żadnego powodu. W myślach kłębi mi się pytanie:
To jest sen, koszmar czy jawa?
Ostatnie od razu odrzuciłam, przedmioty nie pojawiają się za ludźmi od tak. Sen czy koszmar. Chyba jednak koszmar. Cofam się od lustra i odwracam się. Przede mną stoi kolejne lustro. Sfrustrowana uderzam pięścią w szklaną taflę, rozbijając ją. Szkło upada na podłogę brzęcząc cicho. Niektóre kawałki nadal zostały w ramie. Czuję ostry ból w prawej ręce. Unoszę dłoń na wysokość oczu, oglądam ją i lekko się skrzywiam. Kilka drobnych ranek i zadrapań prawie nie krwawi, tylko cholernie boli. Syczę cicho, opuszczam rękę i rozglądam się wkoło. Kolejne dwa lustra wyglądają jakby szydziły ze mnie. Powoli zaczynam panikować. To co się tu dzieje jest na swój sposób...
P r z e r a ż a j ą c e.
Wzdycham cicho a dźwięk odbija się niczym echo. Zastanawiam się co zrobić. Wpadam tylko na jeden sensowny pomysł. Próbuję się obudzić ale nie potrafię, jakby coś mnie blokowało. Czuję się jakbym była nieprzytomna albo w śpiączce. Wydając, a nawet czując, się bezsilna odgarniam odłamki szkła i siadam na ziemi. Kulę się mocno w sobie i ciężko przyciskam czoło do kolan. Wiele emocji mną targa a najbardziej to bezsilność. Po prostu nie wiem co robić. Mam wrażenie jakbym tonęła w mroku, jakby on mnie przenikał, jakby wypełniał każdą komórkę w moim ciele. Czuję jakby ostatnia iskra nadziei tliła się pod moimi paznokciami. Potrząsam głową próbując opanować natłok myśli
- Korey, ogarnij się - mruknęłam do siebie wstając. - Chcesz tu nadal siedzieć czy coś zrozumieć?
Próbuję zebrać w sobie siłę żeby spojrzeć w lustra kiedy słyszę szept. Rozglądam się po bokach ale nic nie widzę. Lustra zniknęły, tak samo jak szkło. Szept z każdą chwilą staje się coraz głośniejszy i, co dziwne, coraz bardziej zrozumiały. Przerażona cofam się kilka kroków, kiedy dociera do mnie znaczenie słów.
Kim jest Korey Cooper?
Nie znam żadnej Korey.
Korey Cooper? Nie kojarzę.
Jest basista o nazwisku Cooper, ale Korey Cooper nie istnieje.
Nie istnieje taka osoba jak Korey Cooper.
Nie istnieję. Te dwa słowa, wypowiadane głosem Jen, odbijają się w mojej głowie. Kulę się w sobie i zakrywam twarz rękoma, próbując opanować oddech. To nie jest prawdziwe...
A może jest? Już nie wiem, wątpię we wszystko co przeżyłam. Nie wiem czy to, co widziałam jest prawdą czy fikcją. Zaczynam już wątpić czy na pewno istnieję, czy nie jestem czyimś wymysłem. Uderzam się z otwartej dłoni w policzek. Korene, ogarnij się. Ból powoduje, że skupiam się na otoczeniu. Rozglądam się, próbując znaleźć źródło głosu. Kątem oka zauważam kogoś. Odwracam się i czuję się jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. John, co ty tu robisz? Dzieli nas kilka, może kilkanaście metrów. Nie wiem co zrobić, więc wpatruje się w niego, a on we mnie. Nie mam pojęcia ile tak staliśmy, po prostu nie wiedzieliśmy co zrobić. Długo myślę co powiedzieć, lecz kiedy wymyśliłam usłyszałam od niego:
- Kim jesteś?
Moje serce pęka. Nie wie kim jestem. Korey myśl, myśl co zrobić. Wpadam na, chyba, najlepszy pomysł czyli obrączki. Jeżeli się mylę to nie wiem co zrobię. Zbieram się w sobie i mówię:
- John to ja, Korey. Twoja żona... Jeśli mi nie wierzysz, spójrz na swoją lewą rękę. Tam powinna być obrączka.
Każde słowo mówiłam cicho, a ostatnie zdanie ledwo wyszeptałam. Mężczyzna zrobił to o co go prosiłam, obejrzał swoją rękę. Nie było na niej obrączki. Gorączkowo oglądam swoją rękę lecz obrączki też na niej nie ma. Podnoszenia wzrok i nie widzę Johna. Odwracam się dookoła ale go nie ma.
Zniknął
Rozbrzmiewają kolejne głosy, tym razem przerażające:
- Dlaczego to ona musiała zginąć a nie ja! Dlaczego Korey, dlaczego?
Momentalnie rozpoznaje głos. Słyszę w jej głosie, że ledwo powstrzymuje się od płaczu. Jen, co się stało?
- Czasu nie zmienimy... Ona nie wróci.
Kolejny głos, tym razem męski. Czyżby Seth? Brzmiał bezsilnie i smutno.
- Mówiłem jej, żeby nie szła sama. Gdyby posłuchała, nadal by żyła.
Przy tych słowach płacze. Zakrywam uszy rękoma, łkając. John, Seth, Jen przestańcie.
Przestańcie!
- Przestańcie!! - krzyczę w przestrzeń i zaczynam biec.
Chcę uciec od głosów, biegnę na oślep przed siebie. Oddalam się od tamtego miejsca, mimo to głosy nie cichną tylko, mam wrażenie, przybierają na sile.
- Biegnij przed siebie i nie zwalniaj! To się kiedyś skończy! - Wręcz krzyczę w myślach.
Nie zatrzymuje się ani razu, nie rozglądam się. Tylko biegnę przed siebie. Wszystkie negatywne emocje mną targają. Psychicznie jestem wykończona, to mnie wykańcza. Nie zauważam, kiedy znowu zaczynam łkać. Mocno zwalniam, prawie się zatrzymuje i pozwalam łzom płynąć. Oplatam ramiona dłońmi, coraz głośniej płacząc. Czuję, jak łzy tworzą ścieżki od oczu do podbródka i skapują na podłogę. Raz za razem pociągam nosem. Korene, musisz się w końcu ogarnąć.
M u s i s z.
Trę oczy dłońmi, ostatni raz pociągam nosem i znowu biegnę. Nie wiem gdzie, po prostu biegnę, byle przed siebie. Coraz szybciej, coraz bardziej bezmyślnie. Po prostu uciekam od myśli, od wszystkiego, żeby zapomnieć o wszystkim. Nogi zaczynają mi się plątać, potykam się o nie. W pewnym momencie upadam. Przygotowywuję się na upadek, lecz on nie następuje. Zamiast niego lecę w dół, w przepaść. Próbuję krzyczeć, ale z ust nie wydobywa się żaden dźwięk
***
Zrywam się z łóżka, oddychając jakbym się dusiła. To nie była prawda, to był tylko koszmar. To był tylko koszmar...
T y l k o k o s z m a r.
Wspomnienia ze snu zamazują się, niedługo o nim zapomnę. Oby jak najszybciej. Miejsce obok mnie porusza się, musiałam niechcący obudzić Johna. Nadal roztrzęsiona słyszę ciche:
- Korey, co się stało?
Nieliczne wspomnienia snu jeszcze błądzą po moim umyśle, nie ma co ich opowiadać, przynajmniej tak sądzę.
- Tylko koszmar - odpowiedziałam, nie pewna swoich słów, na wpół do siebie, na wpół do Johna.
Mężczyzna raczej wyczuł zawachanie w moim głosie. Przysunął się bliżej mnie i objął mnie ramieniem.
- Tylko koszmar? - powtórzył, chcąc się upewnić.
- Tylko koszmar - potwierdziła, nadal wątpiąc w swoje słowa.
Mężczyzna o nic już nie pytał tylko mocniej mnie objął, dając poczucie bezpieczeństwa. A może tylko złudnego bezpieczeństwa, sama nie wiem. Lekko gładził dłonią moje ramię sprawiając, żebym się relaksowałam. Nawet nie wiedziałam o tym, żebym jestem spięta. Po prosty przerażenie blokowało inne uczucia. Negatywne emocje opuściły mój umysł, pozwalając spokojnie pomyśleć. Czasami zastanawiam się kim bym była gdybym nie znała Johna. Nigdy mnie nie blokował, pozwalał być sobą. Teraz wiem, że nie tylko nie byłabym Korey Cooper.
Nie byłabym s o b ą.

Opowiadanie z wattpada mojego autorstwa
Konto z oryginałem: koteczka66